You are viewing [info]moimokiem's journal

Previous 10

Mar. 15th, 2010

droga

Szanowni czytelnicy

Cieszę się, że mój blog jest przez Was odwiedzany :) Piszę co myślę, szczerze i generalnie w dupie mam co Ty o tym sądzisz.
Jednakowoż, jeśli porównujesz mój blog do emo, żartem czy poważnie, najpierw rusz swój zacny tyłek do googli i poczytaj nieco na temat tej subkultury. Jeśli jesteś na tyle płytki, że po moich wpisach, nigdy bezpośrednich, mam małe problemy i z tego powodu miałam myśli samobojcze, to przykro mi to mówić, ale jesteś jebnięty.  Piszę dla siebie i dla PRZYJACIÓŁ. Najprawdopodobniej Ty nim nie jesteś i w dodatku jesteś na tyle fałszywy i tchórzliwy, że nie umiesz mi tego powiedzieć w twarz. Gratuluję dojrzałości. I tak, uraził mnie Twój głupi tekst, że rzekomo jestem emo. Odpłacę się podobną dozą urazy- jesteś zaawansowanym kretynem.

Buźka dla prawdziwych i myślących.


Do reszty osób czytających, z pominięciem Agaty, Doroty i Moniki:

Wpisy będą ukryte. Macie wybujałą wyobraźnię.


NIE pozdrawiam.

Jul. 3rd, 2009

ksiezyc

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny

Znów ten sam błąd, znów ta sama naiwność, znów.... Ustrzeżona, nim cyrku nadszedł koniec.... zdążyłam wejść w błoto. Jeszcze w nie nie wpadłam zupelnie... A najlepsze jest to, że ta sama sytuacja była prawie rok temu.... tylko wtedy bylo znacznie gorzej... ale po wakacjach.... dobra, lepiej nic nie obiecuję....


Jun. 21st, 2009

lisc

Wolny czas

Wakacje. Chwila spokoju od szkolnego zgiełku, korków, harcerskich zobowiązań. Czy na pewno? No cóż. Nie ulega wątpliwości, że do szkoły chodzić już nie muszę ( a jutro od 9 do 20 w niej. Bynajmniej nie lekcje, a kurs wychowawców kolonijnych0, rok szkolny zakończyłam ze średnią 4,08 która mnie zadowala. Zakończyłam rok zuchowy zbiórką, która dała mi trochę do myślenia. Rodzice zuszków powiedzieli ciepłe słowa, dzieciaki wyjątkowo (jak na nie) chwaliły zbiórkę. Ona sama była płynna, bez problemów, ciekawa i odpowiednio absorbująca uwagę uczestniczących w niej. Powiem nawet, że okazała się sukcesem, pomimo bałaganu jaki po niej został. Tak zakończyłam rok zuchowy 18 Gromady Zuchowej "Leśne Skrzaty" na funkcji drużynowej. Minął rok. I w tym miejscu porozwodziłabym się nad tym, ale i tak planuję podsumować cały rok swojej pracy, więc wstrzymam się i zamieszcze to w osobnej notce. Powiem tylko, że od kilku dni próbuję się zmotywować i zupełnić dokumentację programową. I coś mi nie idzie. W każdym razie nasza zuchowa współpraca miała miłe zakończenie. Nie potrafię jednak zdecydować, co będzie z gromadą we wrześniu. To trudna dla mnie decyzja i zupełnie nie wiem co zrobić. A opcji jest wiele. Coś czuje, że i te dwa miesiące na przemyślenia mi nie starczą. Ale skoro decyzję o podjęciu się funkcji drużynowej podjęłam w kilka godzin, to z tym tez mi sie pewnie uda. W te wakacje chciałabym jakoś odkurzyć swojego pwd i zadecydować co z HO. Dokładniej, chciałabym niektóre zadanie wykonać i udokumentować już wykonane. Wiele z nich to takie 'w trakcie proby'. Sama jestem ciekawa, co z tym wszystkim będzie. Ale... jeśli mowa o moim pwd.... boli mnie to, że mam takie sytuacje, że czasem gdy coś się dzieje i ja coś mówię/zachowuję się i w głowie pojawia się przebłysk ( Starasz się o tytuł instruktora. Co Ty kurcze wyprawiasz? Gdyby inni to widzieli...), ja potrafie sie błyskawicznie rozgrzeszyc i powiedziec sobie (oj, daj mi zyc, potem...). A chodzi tu o niemoralne zachowanie.. o to, że gdy czegoś chcę, zrobie wszystko zeby to dostac. Choćbym miała nie grać czysto. Bluzgi to przy tym nic.... w ogóle wydaje mi się, że jak przyjdzie co do czego to sama sobie zabronię zostania instruktorką. Oooj, byłabym do tego zdolna. Mimo tego wszystkiego wciąż czuję się silnie związana z harcerstwem. A nawet stęskniłam się za ogniskami, piosenkami taką no.... harcerskością (bo z zuchami wszystkiego się nie zrobi...). I nie umiałabym odejść na stałe. Urlop roczny tak, ale odejście... nie. Bo wciąż mnie kręci, bo wciąż w nim widze dużo szans rozwoju na różne sposoby. Mimo, że nie kręcą mnie sprawności, a stopień HO zrobię chyba bez większego entuzjazmu. Ja się staram rozwijać celami... różnymi... i nie tylko w ZHP.  A ponieważ do rozwoju przyczynia się wykształcenie, chcę się dobrze przygotować do matury, a co za tym idzie- muszę wymyślić jakiś plan przygotowań. Jeszcze nie wiem jak. Muszę go zrobić w oparciu o materiał do powtórki, środki finansowe i własną samodyscyplinę, która gra tu najważniejszą rolę. Zobaczymy. Chcę przeczytać wszystkie lektury w wakacje. Zobaczymy, czy wyjdzie. Chciałabym. Abstrahując jednak od matury i zuchów.... wyrabiam sobie dowód. W sumie kiedyś chciałam wyrobić jak skończe gimnazjum, ale stwierdziłam, że to niepotrzebny wymysł i że zrobię to po 18nastce. Do momentu, kiedy dziś miałam iść na obstawę medyczną do Niemiec, a okazało się, że paszport mam nieważny. Chciałam zaryzykowac... a nuż się uda. A będę zgrywała słodką idiotkę, przecież paszport jest tylko 1,5tyg nieważny. Ale po dłuższej dyskusji ze znajomymi doszłam do wniosku, że nie warto ryzykować, bo cel nie jest aż tak priorytetowy. Oczywiście zapobiegawczo postanowiłam wyrobic sobie dowód, bo paszport odkąd jesteśmy w Schengen jest nieopłacalny. Zwłaszcza, że za granice wyjezdzam rzadko. A tak będę miała dowód w sierpniu i będę miała wyje... nom.. wychuchane na Straż Graniczną. Troche szkoda, że wyrobienie go trwa, ale cóż. Mea culpa, mogłam obudzić się wcześniej i już w maju o tym myśleć.  I będę PRO! [Agatko... ;D]

Jun. 10th, 2009

ind

Wniosek.

Dochodzę do wniosku, iż:
a) wielokrotnie byłam w błędzie.
b) nie potrafię być obiektywna.
c) nie mam zielonego pojęcia o gospodarowaniu pieniędzmi.

Pardon.

Edit: Ad. A. : a jeśli chodzi o szkołę to szczególnie. Niepowodzenie z chemii przelałam na całą resztę przedmiotów. Z czego dla wlasnego przekonania o swojej racji porównałam oceny z 1 klasy.  No i wyszło na to, że miałam g... no, a nie rację. Bo porównując zeszłą klasę to poprawiłam się z wielu przedmiotów, a średnia jest ponad 4,0. A takiej nie miałam od początku gimnazjum. I jedyne, co spieprzyłam w tej klasie to chemie i polski. Cóż.
Ad. B.: trochę inaczej na pewne rzeczy zaczynam patrzeć... ale o tym już nie chcę pisać.

Jun. 3rd, 2009

wybuch

Mam dość

Mam dość tej p.... ej szkoły, którą zawaliłam [ na ch... się 10 miesiecy starałam!]
Mam dość ludzi, którzy uważają, że są fajni jak p...dolą trzy po trzy i zachowują się jak totalni debile
Mam dość nawet własnej rodziny.
Drugi dzien chce mi sie plakac i mam ludziowstręt. Mam totalnie gdzieś co się będzie dziać. Cały najbliższy weekend spędzam na robieniu czegoś z przymusu. TAK, Z PRZYMUSU. Jedyna moja dobrowolnosc to wieczorne Police w niedziele.  I nie mam nawet zamiaru miec dobrego humoru. I nie zdziwcie sie, jak nagle wybuchne płaczem. Bo mam dosyć bycia miłą. Mam dosyć mówienia 'jest OK'. Wszystko jest mi obojętne. Wszyscy są mi obojętni. I właśnie się prawie trzęsę z nerwów.
I o ile ostatnio prawie rzygalam tym nawałem roboty, tym, że ciagle mnie w domu nie ma, o tyle teraz tylko pragnę mieć jak największy zapierdziel. Byle poza domem, byle ciągle zmieniać środowisko.

Przepraszam, musiałam.

Tak, poprzedni weekend był zajebisty.

May. 27th, 2009

Pasja daję energię...

Trochę mnie to śmieszy. To, co mogą myśleć inni ;) Nikt oczywiście mi tego nie powiedział, przynajmniej nie prosto w oczy, ale z jakichś względów dziwnie się na mnie patrzysz dowiadując się, że jestem w SSR, to wiedz, że mam Twoje zdanie w dupie. Koniec wstępu.

Jest środa i o ile generalnie piszę o wydarzeniach i odczuciach w miarę świeżych, to teraz odkopię wydarzenie z ostatniego weekendu. A było hm... niecodziennie. Mój weekend zaczął się pobudką o 7:30, przeciągłym zieeeeeeewem i ostatencyjnym zwleczeniu się z łóżka w celu ogarnięcia się. Gdy wygramoliłam się wreszcie z domu, wcinając cebularz i gapiąc się na równie smętnych jak ja ludzi, spotkałam się z kolegą [poznaliśmy się w SSR] i razem pojechaliśmy do Polic. Nie było to jednak łatwe, gdyż nawaliły tramwaje a nie wypadało się spóźnić. Zamówilismy wiec policką taksówkę i dojechaliśmy do celu- obstawa medyczna imprezy fitness w pewnym Gimnazjum.  6h siedzieliśmy, lecz na szczęście nikomu nic się nie stało. W zamian zostaliśmy obdarowani zdrową żywnością i popędziliśmy na następną imprezę, tym razem był to Piknik Organizacji Pozarządowych. Spotkałam tam harcerzy z naszej Chorągwi, ale lepiej nie pytajcie, jaki tworzyli wizerunek. Przynajmniej pewne druhny z mundurem na wierzchu i niedbale zawiązaną chustą. My, ratownicy, mielismy dużo roboty. Ktoś zajął się prezentacją karetki, ktoś czuwał nad prezentacją, ja z Karoliną rozstawiłysmy stoisko, aż w końcu pojawili się pierwsi goście. Oferowaliśmy pomiar cukru i ciśnienia, zainteresowanie było ogromne. Pamiętam pana, który mówił, ze na czczo potrafił mieć 400 mg% cukru we krwi! Brzmi to o tyle przerażająco, że norma wynosi 80-120. Oczywiście wszystko weszło w norme, gdy skończył z alkoholem. Ja tam miałam 91 i nie narzekam ;) Równolegle prowadziliśmy konkurs dla dzieci, jednak mi "przypadł" (bo sama sobie wybrałam, a innych ludzi "wolnych" nie było) fantom. Wydawało mi się, że nie będzie dużego zainteresowania, jednak moje pojęcie było zupełnie mylne. Gdy tylko podeszłam do fantoma i sama (lub z Karoliną) przeprowadzałam resuscytację w mgnieniu oka robił się tłumek obserwujący wykonywaną przze mnie robotę (że nie wspomnę o latającej kamerze). Pokazywalam, głównie dzieciom w jaki sposób wykonywać RKO. Niektóre sie wstydziły, ale wszystkie próbowały. I nawet szybko zaskakiwały, o co chodzi. Rodzice patrzyli, robili zdjęcia, czasem zadawali dodatkowe pytania. Ciekawe doświadczenie, ale męczące. Jednak 'pompować' tego fantoma, powtarzając w kółko to samo jest męczące :D Jednak koło 19 impreza dobiegła końca, więc zabralismy się za sprzątanie i zabranie tego wszystkiego do siedziby, gdzie pogadaliśmy jeszcze z hm... 1,5h. Potem pędem z Karoliną pojechałyśmy do mnie po rzeczy i na Kijewo do niej. Oczywiście nie obeszło się bez mocy przygód w postaci 3 spotkan studentow, ktore odbyly sie kolejno po sobie. No, potem jeszcze amciu, myciu, oglądanie zdjęć z Ustronia i do spania. Nazajutrz znowu Police. Tym razem pisałyśmy test, który do najłatwiejszych nie należał. Pytania były szczegółowe, czasem nieprecyzyjne, z haczykiem, obejmowały nie tylko zakres pierwzej pomocy ale i zagadnienia z ratownictwa. Były też podchwytliwe. Jednak ja na swój wynik nie narzekam, bo miałam 50/69, czyli trzymam poziom ;D . Potem jeszcze manewry w lesie (kilka symulacji, podczas których zdążyłam się skaleczyć szkłem w kolano) i powrót do siedziby. Tam odbyło się spotkanie, gdzie omówiliśmy wazniejsze sprawy i podyskutowaliśmy trochę o rozwoju organizacji. Zmęczona wróciłam do domu, ok godz. 23. Rzuciłam okiem na fizykę i poszłam spać....

May. 17th, 2009

ognisko

Relaks dla duszy...

Ten weekend był chyba najpiękniejszym w tym roku. Pomimo zakwasów, zmęczenia i czekającej roboty- czuję się doskonale, doskonale wypoczęta, w doskonałej kondycji psychicznej... czuję się doskonale...
Bo byłam między cudownymi ludźmi, ludźmi wesołymi, szczerymi, ludźmi, z którymi chce się przebywać. Bo byłam ze świetną, nowopoznaną osobami, która pasjonują się ratownictwem, bo razem we trójkę mogliśmy stanowić atrakcję dla dzieci biorąc je na deskę, zakładając kołnierz i klocki... dla nas nic, dla dzieci wielka radość. Bo oni tacy ciepli. Bo wracając mogliśmy się pośmiać, trafiając na jeszcze inne równie fajne osoby. Bo gdy wracałam, zadzwoniła osoba z zaproszeniem, bym do niej wpadła. Gadalyśmy do późna, śmiejąc się i wspominając na przemian, wzajemnie odczuwając co to znaczy mieć kogoś blisko... mieć z kimś wspólne przeżycia... co to znaczy wstać rano, zjeść i już wracać... co to znaczy mimo bólu w mięśniach i zmęczenia wpasć na 20min do domu i znow wyjsc na spotkanie, pojsc do parku we trojke i po prostu pogadac... tak zupelnie beztrosko... pośmiać się i odnowić kontakty... weekend pełen spotkań, będących dosłownie pod rząd... ale... warto było. Warto było być razem ze wspaniałymi osobami, robić to co się kocha... wspominać to, bez czego nie chce się żyć...

Dziękuję Wam.

Bo jest paru ludzi
Bo jest parę w życiu dobrych chwil
Bo jest parę złudzeń które warto mieć by żyć...



May. 9th, 2009

niebo

Niech ostatnią rzeczą w Twoim życiu.....

...zostanie uratowanie ludzkiego życia. Wydawać by się to mogło dla jednych niemożliwe, dla innych ciekawe, jeszcze dla innych oczywiste i zrozumiałe. Zazwyczaj ludzie lubią pomagać. Robią to w przeróżny sposób. W sposoby szlachetne, zwyczajne lub moralnie naganne. Kierują się altruizmem, satysfakcją, potrzebą bycia zauważonym, potrzebą bycia potrzebnym, swoimi ideałami wynikającymi z przekonań religijnych bądź nie. Harcerki i harcerze zobowiązali się do tego również składając Przyrzeczenie Harcerskie ( ...nieść chętną pomoc bliźnim...). Powodów jest wiele i nie zdołałabym wymienić ich wszystkich. Każda pomoc jest ważna. Jednak niezwykle ogromną i nieocenioną "pomocą" jest ratowanie ludzkiego życia. To wcale nie ogranicza się do bycia ratownikiem medycznym. To również wsparcie psychiczne ( podczas kryzysowych sytuacji), to także przestrzeganie dzieci przed nierozważnym zachowaniem. Tyle, że te to pośredniość. Jednak można też pomóc samemu praktycznie nic nie robiąc.  Mówię tutaj o transplantacji.

Nie rób wielkich oczu i nie przewracaj nimi, nie cmokaj ustami, nie śmiej się jak głupi ani nie reaguj oburzeniem. A może czytelniku czytając to po prostu siedzisz i nie wiesz o co mi chodzi? Do dziś transplantologia budzi kontrowersje. Brak zaufania do lekarzy i ogromne wątpliwości ze strony moralnej sprawiają, że ludzie boją się oddawać swoje narządy na rzecz innych. Ostatnio sama się głęboko zastanowiłam nad ideą transplantacji narządów. Moralne, czy nie? Bezczeszczenie zwłok, okaleczanie czy coś normalnego, szlachetnego, potrzebnego? Wraz z postępem medycyny, lekarzom coraz łatwiej ratować ludzkie życie. Ale nie są bogami. To właśnie Ty masz remedium dla czyjegoś umierającego dziecka, umierającego ojca. Ty nie zapłaciłeś za to sam, Ty na codzień nie zwracasz na to uwagi. To Twoja krew, Twoje płuca, serce, tarczyca, nerki, wątroba i jelita. Nie, absolutnie nie każę Ci maszerować jutro na Pomorzany i kłaść się na stół operacyjny. Chcę Ci tylko uświadomić dwie rzeczy. Nie jesteś sam.  Po pierwsze, nie wiesz, kiedy ktoś z TWOJEJ rodziny będzie potrzebował pomocy, po drugie, nie wiesz kiedy Ty sam umrzesz. Nie tupaj nogami i nie krzycz. Nie życzę Ci źle, ani Twojej rodzinie. Ale sam wiesz, że nowotwory, ciężkie choroby, wypadki, czasem zbrodnie są nie do przewidzenia. Życzę Ci jak najdłuższego i cudownego życia, ale miej świadomość, że nie jesteś Rambo. W niedzielę zginął człowiek, właśnie na mojej dzielnicy. W wypadku. On też myślał, że dożyje później starości.
Ale dobrze, przejdę do rzeczy.  Kiedy człowiek ginie, jego rodzina jest w ogromnej rozpaczy. Często są w tak silnych stanach emocjonalnych, że postępują irracjonalnie. Lekarz zawsze pyta (choć wcale nie musi) o zgodę na pobranie narządów do przeszczepu. Rodzina często odmawia, mowiąc, że to okaleczanie, że nie dostanie zbawienia, że to profanacja. Zmarły bierze swoje narządy razem z sobą do trumny. Gdzie po prostu gniją, jak każda żywa materia. W tym samym czasie ktoś inny umiera, bo nie ma możliwości przeszczepu. Bo jesteśmy jeszcze pod tym względem zacofani...  Rodzina zgłasza sprzeciw do Centralnego Rejestru Sprzeciwów.. i koniec... lekarz nie ma prawa.

W tym miejscu chciałąbym poprosić Ciebie o wypełnienie Oświadczenia Woli o pobraniu narządów. Możesz je pobrać ze strony transplantacje.org  , lub z innych stron których jest naprawdę wiele. Wydrukuj, wypełnij, zalaminuj ( koszt 1,50, robią to na miejscu. Nie wiesz gdzie? ul. Dworcowa 2 choćby..). Włóż do dokumentów. Koniec. Przy okazji poinformuj rodzinę. To dobry moment by i ich namówić.
Oświadczenie te nie ma mocy prawnej, ma charakter jedynie informacyjny. Ty za to możesz poczuć się "ubezpieczony", że Twoje narządy uratują życie komuś innemu, po Twojej śmierci. 

Ja to zrobiłam, uświadomiwszy sobie, że nie wiem, jaki jest stosunek mojej rodziny do tego tematu. Nie wiem też kiedy umrę, więc nie istnieje coś takiego jak "nieodpowiednia chwila czy wiek".  Jeśli mam do oddania coś, co mi się już nigdy nie przyda, a komuś uratuje, lub polepszy życie- weź to lekarzu i daj innym. Z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Za życia od listopada chcę regularnie oddawać krew. :)



Nie wiem, czy Cię przekonałam. Dla Ciebie może być to odległe. Ja bym chciała żyć swiadomością, że ratuję innych nie tylko swoimi umiejętnościami, ale również całą sobą... całym życiem...  Gdybym jednak była wystarczająco zdolna i oczytana i dostałabym się na medycynę, z pewnością po niej zostałabym transplantologiem. Uświadomiły mi to warsztaty marcowe. Narazie, transplantologii przysłużę się w inny sposób :)

Czasem nie trzeba byc super hero, żeby pomóc...

May. 3rd, 2009

droga

Miejcie nadzieję...

"Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną
Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,
Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno
Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.


Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową,
Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,
Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową
Nie da się zepchnąć ze swego stanowiska.

Miejcie odwagę... Nie tę tchnącą szałem,
która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem
Przeciwne losy stałością zwycięża.

Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystało w milczeniu się zbroić...

Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje
I przechowywać ideałów czystość;
Do nas należy dać im moc i zbroję,
By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość
"


Asnyk.

Jakże trafne... choć minęło tyle czasu...

Przeczytałam wpis z listopada, ukryty dla wszystkich. Ten, gdzie zrobilam listę zarzutów wobec siebie. Jest ich 23. Z rzeczy, które chyba mogę już wyeliminować, a zarazem opublikować:  nie palę od końca stycznia, nie drę pyska na brata (ogólnie mam lepsze stosunki z nim), powoli umiem przed sobą i raczej przed innymi też przyznać się do błędów. Nie w pełni, ale jest lepiej.... przestałam samej sobie kłamać i robić wymówki. Umiem chyba lepiej ocenić swoją sytuację i staram się podejmować coraz to odważniejsze kroki. I to, z czego jestem najbardziej dumna: udało mi się wyzbyć nawyków typu akcje: +zachleje się
+zajaram się
+niech się p...oli
+nie przyjdę
+nie odezwę się
+zjade ją/ jego
+nie będę się z tym ... użerać
+ "i ch..!"
+"i niech sp..ala"
+ "no i k...a, j..e mnie to, czaisz?"

Zostało 17 wstrętnych nawyków. Ale czy to coś oznacza? Nic. Bo mogą wrócić stare nawyki, mogą pojawić się nowe.
Wydaje mi się, że pomimo różnych strat, mam lepsze życie niż rok temu. Jednocześnie tak szybko idące naprzód, zmieniające się, że boję się przyszłości. Boję się, bo mam tak wiele do zrobienia, a tak mało czasu. Boję się, że nie podołam. A tyle pracy, tyle pracy...

Swoją drogą... może łapię za wiele srok za ogon. Bo chce być najlepsza albo bardzo dobra ze wszystkich dziedzin mojego życia. Poza tym, zbyt wieloma rzeczami się przejmuję i zbyt wiele przyjmuję założeń. Tyle założeń, że razem tworzą one fikcyjną historię która wcale może nie mieć miejsca.

ps. w zasadzie wyzbyłam sie jeszcze jednego nawyku, ale nie chce o nim pisac bo a) troche sie wstydze [choc racjonalnie myslac, to nie ma powodu] b) nie wyzbylam sie go jeszcze na 100%.

Apr. 25th, 2009

ognisko

Sama już nie wiem...

Ostatnio próbuję siebie jakoś... sklasyfikować. Określić cechy, predyspozycje, prawdopodobne sukcesy i porażki. I w całym gąszczu sumowania swoich wad, zalet, porażek, moralności i totalnego zdemoralizowania, nie potrafię dojść, czy jestem biała, czy czarna...
Znam siebie, jak nikt inny. Znam swoje słabości, zmartwienia i paniczny strach, o którym nikomu nie mówię. Rozumiem swoje motywacje. Mimo to, czuję się jakaś niespójna. Raz jestem suką i za to się lubię, raz jestem super ekstra strażniczka swojej moralności i za to sie cenię. Raz sobie odpuszczam, raz dokladam roboty. Raz mówię: jestem beznadziejna, raz mowię: jestem zajebista. Dzisiaj, mając chwilę spokoju leżałam na łóżku i zamyśliłam się... w końcu myśli moje spoczęły na temacie, do którego mam mnóstwo wątpliwości (wybaczcie, że nie precyzuje, ale zakrzyczycie mnie.). Kiedy podjęłam decyzję "tak, zrobię to", zganiłam siebie za pazerność, której nie lubię i raczej w swojej osobie nie toleruję. Gdy zaraz potem zmieniłam zdanie na "trudno, nie będę pazerna, najwyżej mnie to ominie" przypomniałam sobie, że to kolejne zadanie pwd w plecy. Nie wytrzymałam napięcia, jakie zgromadziłam przez cały dzień i po prostu płakałam dobre pół godziny, zanim się ogarnęłam. Bo napięcie, te ciśnienie każdego dnia jest duże. Czasem wybucham. Jeśli nie złoscią, to płaczem.
Na codzień mam różne zajęcia, ale sumując je dochodze do wniosku, że przecież ich dużo nie ma. Z kolei ludzie [ bliscy i rodzina] mowią, że biorę za dużo na swoje barki i wkrotce się zalamię. Ja zawsze zaprzeczam dodając, że ja lubię się zmęczyć, stawiać wyzwania, cele... ale... nie rozumiem... dlaczego to wszystko na mnie wpływa. Dlaczego szkoła( by wyniki były o stopien lepsze), gromada(by bylo nas wiecej, bysmy byli najlepsi), pwd(by go zamknac kiedys...), korki, medyk [odchodzący w maju], ssr [od jutra], zpii [ w ktorym nie dzialam przynajmniej 2 miesiace, nie pytajcie dlaczego- nie wiem, nikt mi nie chce powiedziec] , relacje towarzyskie i rodzinne [problemy cudze, pielegnowanie wiezi itp] i inne różnorodne zajęcia wywołują we mnie takie napięcie ...
czy to duzo? ja mam wrazenie, ze wciaz na malo. Że wciaz za duzo sie opieprzam, że sie marnotrawię... mam wyrzuty sumienia. Potem... gdy coś mi nie wychodzi... płaczę...

Robię za mało, czy za dużo? Jestem leniwa, czy nie? Czy moje wyrzuty sumienia są uzasadnione?
Dlaczego nie udaje mi się mieć takiego poziomu, jaki chcę mieć? Zaczął się weekend. Zapchany.. znowu. Pokuszę się o tekst z pewnego polskiego filmu: "Lubisz to suko!" - tak... kocham te napięcie, pośpiech, stres i zmęczenie. Jednocześnie nienawidzę. Ale określić się nie umiem.  W swoim życiu nie odnioslam chyba jeszcze żadnego satysfakcjonującego mnie sukcesu. Takiego, z którego byabym dumna, przez całe życie. Marna uczennica, marna drużynowa, marny człowiek. Za rok będzie lepiej.... *

"Nie umrzesz tak od razu. Najpierw zwariujesz jeszcze"

cytat też z jakiegoś polskiego filmu. Niestety, nie pamiętam tytułu.


*wbrew pozorom ten tekst nie świadczy o moim żalu. Po prostu nie wiem, kim jestem. A całość wywołuje napięcie, dezorientację, która uniemożliwia wyciągnięcie wniosków... nie wiem, co o tym myśleć..

Previous 10